wtorek, 28 stycznia 2020

pierwszy

Wodziłeś za nią przeszywającym wzrokiem siwo-błękitnych tęczówek, spoczywając na kanapie w waszym salonie, kiedy drobnymi dłońmi po raz szósty z rzędu wygładzała materiał czarnej spódnicy przylegającej szczelnie do jej ud sięgającej znacznie przed kolano. Oparłeś się wygodnie o oparcie sofy i oczekiwałeś cierpliwie aż zbierze się do kupy, abyście mogli przekroczyć próg waszego mieszkania położonego w centrum miasta. Wiele osób narzekało na twoją decyzję odnośnie przeprowadzki właśnie tutaj, do Jastrzębia Zdroju, lecz ty nie zważałeś na liczne narzekania znajomych a propos braku budynków mieszkalnych, atrakcji turystycznych czy innych pierdół, które przy fakcie widnienia przy twoim boku blondynki wydawały się błahe. Dzięki swojej odwadze mogłeś teraz podziwiać roztrzepaną kobietę, w której byłeś szaleńczo zakochany i oparty wygodnie o sofę kręcić głową z niedowierzaniem nad tym w jakim stanie znajdowała się od poranka. W pośpiechu przełknęła ostatni łyk czarnej jak smoła kawy i z brzdękiem odstawiła biały, niewielki kubek na blat, chwytając w dłoń niewielką czarną torebkę. Westchnąłeś głośno, podnosząc się ociężale z siedziska i okręcając na palcu kluczyki od samochodu, przepuściłeś ją w drzwiach. 
– Jesteś chodzącym kłębkiem nerwów. – szepnąłeś jej na ucho, gdy zadziwiająco dobrze radziła sobie ze zbieganiem po schodkach klatki waszego bloku w wysokich, czarnych szpilkach. – Ej, ej! To, że ja uprawiam sport w tej rodzinie nie znaczy, że ty możesz nabawiać się urazów! – upomniałeś ją.
– Chodzę na siłownie i uprawiam jogę. To też jakaś aktywność fizyczna jest, Tomaszu. –odburknęła lekko urażona twoimi słowami.
– Zwolnij mała! Bo będę zmuszony cię wziąć na ręce! – groziłeś jej. 
– Szkoda, że w łóżku mi tak nie mówisz. – dodała od siebie uszczypliwą uwagę, spoglądając na ciebie przez ramię z cwanym uśmiechem.
– Tam twoje tempo jest bez zarzutów, skarbie. – mruknąłeś, cmokając ją w czoło.
Oboje się roześmialiście i wsiedliście do twojego samochodu. Po za odstawieniem Leny na rozmowę kwalifikacyjną miałeś jeszcze inne plany dla waszej dwójki, o których nie wspomniałeś jej dotąd ani słowem. Wolałeś pozostawić te dla ciebie znakomite, dla niej niekoniecznie, wieści na później. Ukradkiem spoglądałeś na jej zaciskające się w pięści dłonie oraz dygoczące kolana, które drżały pod wpływem stresu jaki towarzyszył jej od samego ranka. Widziałeś to już podczas szczotkowania przez nią zębów w łazience czy nakładania delikatnego makijażu, gdy poprawiała lewą warstwę rzęs tuszem kilkukrotnie, aby ograniczyć szkody po dygoczącej dłoni. Martwiłeś się o nią. Nie chciałeś, aby tak mocno przeżywała nowe stanowisko  pracy jakie mogła dziś zyskać. Byłeś przekonany, że rozłoży konkurencje na łopatki i niepotrzebnie się denerwuje. Zerknąłeś na nią z nikłym uśmiechem piętnaście minut później, oświadczając, że jesteście na miejscu. Nim jednak zdążyła naprzeć dłonią na klamkę drzwi od strony pasażera rozpiąłeś pas bezpieczeństwa i zwróciłeś ją do siebie plecami, obserwując w lusterku bocznym zdezorientowanie malujące się na jej twarzy. Twoje smukłe dłonie spoczęły na jej barkach i delikatnymi, kolistymi ruchami sprowadzały na twoją dziewczynę błogość. Łaknąłeś wyeliminować z niej wszelkie spięcie. Podziwiając jej przymknięte powieki lekko drgające byłeś przekonany, że ci się to udało. 
– Leć już, bo się spóźnisz na trening.-rzuciła w twoim kierunku. – Dziękuję. – musnęła przelotnie twój policzek pomalowanymi na jasny odcień różu ustami. 
– Podziękujesz w domu. – poruszyłeś znacząco brwiami. – Dostaniesz tą pracę! No stres! 

***

Przeklinałem pod nosem szukając po kieszeniach klubowej bluzy kluczyków od samochodu. Czułem jak zaczynam się pocić nie mogąc znaleźć kawałka metalu, od którego zależało czy narażę się na wielki gniew Wszechmogącej, oczywiście mowa o Dominice, która w końcu zgodziła się przyjechać do Bełchatowa. Odkąd przeprowadziłem się do nowego mieszkanie każdą rozmowę z blondynką rozpoczynałem od pytania kiedy w końcu do mnie przyjedzie, ale ona była nieugięta, bo ma mnóstwo na głowie, bo studia, bo praca, bo nowy facet, a to rozpacz po byłym chłopaku - wszystko było ważniejsze niż ja. Niczego nie chciałem tak jak jej aprobaty odnośnie drogi, którą kroczyłem i wiem, że ona starała się okazywać mi wsparcie na każdym kroku - pisała zawsze kilka słów po meczu, jednak od blisko roku nasza relacja wyglądała zupełnie inaczej niż przed tym całym zamieszaniem, przed tym jak trzasnęła drzwiami twojego samochodu, gdy powiedziałem jej kto zaznaczył swoją obecność nieopodal mojego obojczyka. Na pewno pamiętacie, że w pewnym momencie sam przed sobą zacząłem się zastanawiać czy aby Dominika w jakiś magiczny, szalony sposób nie stała się kimś więcej. Nadal nie doszedłem do żadnych konkretnych wniosków, ale chyba trochę nie chciałem o tym myśleć, analizować tego - dawałem sprawom żyć własnym życiem i toczyć się własnym tempem.
– Carpe diem – mruknąłem wybierając numer przyjaciółki jednocześnie przeszukując szuflady stojącej w przedpokoju komody. Sprawdzałem już każde z możliwych miejsc, przejrzałem kieszenie wszystkich klubowych bluz, wszystkich spodni jakie miałem w szafie, szukałem ich w takich miejscach jak szafka kuchenna czy półeczka na kosmetyki w łazience. Ramieniem podtrzymywałem telefon, jednak gdy zniknął sygnał nawiązywania połączenia stanąłem prosto czekając na to aż odezwie się moja rozmówczyni. Po chwili usłyszałem jakieś burknięcie, które pasowało na rzucone w biegu “czego”. – Doma, nie mogę znaleźć kluczyków od auta. – rzuciłem praktycznie na wdechu wyobrażając sobie jak wielką wewnętrzną walkę prowadzi ze sobą: czy skrzyczeć mnie przez telefon czy jednak zrobić to prosto w twarz.
– Na ciebie to nigdy nie można liczyć – mruknęła zdegustowana, a ja mogłem przysiąc, że przewróciła teatralnie oczami jak to zwykle miała w zwyczaju. – Sprawdzałeś pod łóżkiem? – rzuciła mimochodem,ale właśnie to zdanie okazało się być tym brakującym elementem. 
– Oczywiście, że tak – odpowiedziałem jakby to było tak oczywiste, że po tym konkretnym momencie nie ślizgałem się w stronę sypialni i kilka chwil po rozłączeniu nie wyciągnąłem zagubionych kluczyków spod drewnianego stelażu. Oczywiście zrobiłem to na tyle szybko, żeby żaden z mieszkających tak potworów nie zdążył złapać mnie za rękę, przezorny zawsze ubezpieczony, czyż nie? Spoglądając na zegar narzuciłem na siebie jeszcze kurtkę i jak na złamanie karku popędziłem na spotkanie z gniewem Dominiki po drodze wbiegając jeszcze we wchodzącą do twojego bloku młodą dziewczynę, którą przeprosiłeś tylko rzuconym w biegu uśmiechem. I tak oto dobrą godzinę później siedzieliście w moim mieszkaniu już w dwójkę, a ja podsuwałem pod nos przyjaciółki kolejne, ukryte na czarną godzinę, słodycze byleby wybaczyła mi to haniebne zachowanie, bo musicie wiedzieć jedno - Dominika Nowacka mogła mieć wszystkie wady świata, mogła się wiecznie zakochiwać w złych facetach, ślinić się przez sen, mówić niemiłe rzeczy różnym ludziom zrzucając to na wrodzoną szczerość czy nawet zabierać mi budyń gdy jeszcze byliśmy w przedszkolu, ale nigdy w życiu nie zrobiła jednego - Nowicka nigdy w życiu się nie spóźniła, jak na córkę swojego tatusia, kapitana marynarki wojennej zawsze była gotowa na czas i jak przystało na córeczkę tatusia spóźnialskich nie tolerowała. 
– Wiesz gdzie sobie możesz wsadzić te czekoladki, co? – rzuciła, ale ja widziałem, że to była już klasyczna dominikowa zaczepka, gdy właściwie to nadal była zła, ale żądzę mordu już zastąpiło typowo pacyfistyczne nastawienie do świata. – Ostatnio tak strasznie ciężko się z tobą przyjaźnić, wiesz? – rozłożyła się wygodniej na kanapie przytulając jedną z ozdobnych, kupionych przez moją mamę poduszek. Wzruszyłem tylko ramionami nie chcąc wdawać się w dyskusje, które i tak nie zmieniłby jej postrzeganie sytuacji, w której się znalazłeś. Co jakiś czas rozmawiałem z Jagodą, która nadal mieszkała we Włoszech, udało nam się nawet kilka razy spotkać, a ja nadal uśmiechałem się do wspomnień tamtej wrześniowej nocy. Ale to nie było nic więcej niż kilka pocałunków poprzerywanych jękami, kilka mocniejszych pchnięć i jej ciało wyginającego się w łuk. – Kuba, powiedz mi jak to jest – głos dziewczyny odepchnął ode mnie wizję moich dłoni błądzących po nagim ciele brunetki, w którymś z hotelowych łóżek w rozmiarze king size. Uśmiechąłem się nieco sztucznie do mojej rozmówczyni chcąc bardziej siebie niż ją przekonać, że w pełni skupiam się na jej słowach. – Głupi nie jesteś, brzydki też nie jakoś szczególnie – złapałem jej rozbawiony wzrok, ale postanowiłem jej nie przerywać, bo widziałem, że dopiero się rozkręcała. – Wstydu nie ma jak się odzywasz, możesz mieć lasek na pęczki, przebierać w nich jak z katalogu, ale jakimś szalonym zbiegiem okoliczności uwikłałeś się w jakiś chory układ z tą manipulantką Jagodą. Ja się tylko pytam po jakie licho, Kochanowski?! 
Chciałem się roześmiać, obrócić to jakoś w żart, bo sam nie wiedziałem jak to wszystko się stało. Wiele razy się nad tym zastanawiałem, właściwie za każdym razem, gdy to się powtarzało, za każdy razem, gdy zamykałem za sobą drzwi, zadawałem sobie pytanie dlaczego to się stało? dlaczego to nadal się dzieje? Zdobyłem się na to, żeby wygiąć usta w zawadiackim uśmiechu chcąc wyśmiać pytanie Dominiki, jednak gdy zobaczyłem jej poważny, utkwiony w mojej osobie wzrok cała udawana radość odpłynęła z mojej twarzy. I widziałem, że ona nie odpuści, bo jej na mnie zależy, bo się martwi i wierzy w to, że Jagoda w pewnym momencie ponownie złamie moje serce, jednak w tamtym momencie ktoś nade mną czuwał, bo zabrzmiał niepewny dzwonek do drzwi. Blondynka zerknęła na mnie i pokręciła głową wstając, aby zobaczyć kto przerywa jedną z ważniejszych rozmów podczas całej naszej skomplikowanej, szalonej relacji. 
– Wrócimy do tego – rzuciła przez ramię zakrywając się szczelniej beżowym sweterkiem. Przymknąłem oczy czując jak każda komórka w moim ciele drga jakby zawieszona w oczekiwaniu na rozwój wydarzeń. Kontrolnie spojrzałem jeszcze na zegar, ale do czasu popołudniowego treningu było jeszcze trochę czasu, wystarczająco, aby Dominika wyciągnęła ze mnie wszystko co mi leżało na sercu, wątrobie i trzustce. 
– Kuba – znowu głos dziewczyny wyrwał mnie z ucieczki we wspomnienia, więc wzdychając podniosłem się i podszedłem do drzwi wejściowych, przy których stała epatująca optymizmem blondynka wraz z osobą, którą uratowała mnie z opresji kilka minut temu. – Masz wiertarkę? – spojrzałem na nią zdziwiony nie rozumiejąc skąd to pytanie. – Zuza się dopiero wprowadziła, urządza się, a jej się zepsuła. – powiedziała jakby zniesmaczona tym, że nie potrafiłem czytać między wierszami albo lepiej tym, że nadal nie czytałem w jej myślach.
– Teraz trochę nękam o nią sąsiadów, ale chciałam dokończyć to dzisiaj, żeby nie psuć tym hałasem weekendu - dodała stojąca w drzwiach drobna dziewczyna uśmiechając się szeroko i szczerze. Dopiero po chwili ciszy zdałem sobie sprawę, że to na nią wpadłem wcześniej, gdy śpieszyłem się na dworzec autobusowy. Odzwajemniłem krótko grymas dziewczyny informując je obie, że zaraz przyniosę tę nieszczęsną wiertarkę. I tak kilka minut później po kilku krępujących dla mnie pytaniach zadanych nowej sąsiadce przez Dominikę i oznajmieniu przez nią, że na pewno poradzi sobie sama życzyłem się powodzenia i usłyszałem jak blondynka zamyka za nią drzwi.
– Miła była – stwierdziła Doma przekluczając zamek, a ja tylko wzruszyłem ramionami. – Nawet w twoim typie, może się z nią umówisz? – zerknąłem na nią niepewnie szukając podstępu w jej lekkim tonie, lecz ona tylko uniosła dłonie w geście poddania wracając do salonu. – Wszystkie są lepsze niż ta przeklęta Włoszka. 

***

Zachichotałeś pod nosem, gdy w zasięgu twojego wzroku znalazła się rozpędzona blondynka. Nim jednak zdążyłeś zareagować z impetem uderzyła w twoje ciało, wskakując na ciebie i obejmując cię nogami w pasie. Po jej ciemnych tęczówkach rozprzestrzenione było szczęście, które odpowiadało za blask jej oczu, a szybszy rytm bicia serca jaki wyczuwałeś zwiastować mogło jedynie dobre nowiny, a właściwie jedną. Lena oderwała swoją twarz wtuloną w twoją koszulę i nawiązała z tobą kontakt wzrokowy, oznajmiając, że otrzymała zatrudnienie w owej firmie, na której środku urządzała scene radości. Kąciki twoich ust osiągnęły wyżyny, odsłaniając przy tym twoje śnieżnobiałe uzębienie pokryte metalowymi drucikami. Musnąłeś przelotnie jej wargi i pogratulowałeś sukcesu, opuszczając ją na podłoże. Wtem za jej plecami dostrzegłeś starszego mężczyznę w granicach czterdziestu kilku lat , którego wzrok spoczywał na twojej ukochanej i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie sposób w jaki to czynił. Zaniepokoił cię ten tajemniczy błysk w jego ciemnych oczach oraz cwany, ledwo widoczny uśmiech. Przeczuwałeś, że ten mężczyzna nie ma jedynie w zamiarach zyskać utalentowaną pracownię, ale coś jeszcze, coś odbiegającego totalnie od tego celu. Pokręciłeś głową, aby odgonić od siebie te myśli i objąłeś ramieniem dziewczynę, prowadząc ją w kierunku wyjścia z budynku. Skinąłeś głową na pożegnanie recepcjonistce i otworzyłeś drzwi samochodu przed Zawadzką. 
– Wszystko w porządku? – padło pytanie z jej ust. 
– Tak, tak. – odparłeś szybko, wsiadając do samochodu. – Zabieram cię gdzieś. To niespodzianka, ale nie wiem czy koniecznie będzie udana. – mruknąłeś, zapinając pas. 
Lena spojrzała na ciebie z obawą oraz niepewnością, lecz skinęła jedynie głową, którą oparła po chwili o fotel. Nim zauważyłeś, a zaprzestała popisów wokalnych wraz z radiowymi hitami jakie wypełniały wnętrze samochodu i zsunęła głowę z fotela na taflę szkła, oddając się tym samym krainie Morfeusza. Uśmiechnąłeś się nikle pod nosem na widok jej osnutej niewinnością twarzy i doszedłeś do wniosku, że może to i lepiej  dla ciebie, bowiem gdyby ujrzała zieloną tabliczkę z napisem twojego rodzinnego miasta mogłoby się to skończyć dla ciebie marnie. Zasługiwała też na odpoczynek w związku z emocjami jakich doznała od samego ranka. W pełni skupiony przemierzałeś autostradę, aby po nieco ponad półtoragodzinnej jeździe skręcić w jedno z krakowskich osiedli. Zerknąłeś przelotnie na wciąż wypoczywająca blondynkę i zgasiłeś silnik, wzdychając głęboko.  Teraz czekało cię najcięższe, Tomku. Delikatnie potrząsnąłeś jej drobnym ciałem i obdarowałeś delikatnym uśmiechem, widząc jej zamglony wzrok oraz dezorientację. Po chwili jednak odzyskała świadomość i obserwowałeś jak marszczyła brwi po opuszczeniu samochodu, badając czujnym wzrokiem sporej wielkości budynek, w którym się wychowałeś. Splotłeś smukłe palce z jej drobną dłonią i zaczerpnąłeś głębokiego oddechu, szykując się na wyjaśnienia. 
– Skarbie , tylko się nie denerwuj. – wypowiedziałeś łagodnie, patrząc na nią z ostrożnością. –  Zabieram cię dziś do rodziców. Uważam, że to odpowiedni czas, aby powiedzieć im o nas i Aleksandrze.-oświadczyłeś. 
– Ty sobie chyba żartujesz?! – oburzyła się Zawadzka, wyrywając rękę z twojego uścisku. – Nie raczyłeś mnie nawet o tym powiadomić, ani tym bardziej zapytać czy jestem gotowa! To są jakieś kpiny, Tomek! Myślałam, że dorosłeś, a ty…
– Co ja? Co ja? – splotłeś ramiona na klatce piersiowej i oczekiwałeś na jej odpowiedź. – Nie panikuj. Nie chciałem ci dokładać stresu, bo miałaś go zbyt dużo od rana. 
– Jakiś ty dobroduszny nagle. – wywróciła oczami podirytowana. – Chodźmy. Chcę mieć to już za sobą. – dodała, chwytając cię za rękę i ciągnąc w kierunku drzwi do domu. 
Uśmiechnąłeś się triumfalnie, ale zarazem z wdzięcznością i posłusznie towarzyszyłeś jej w drodze do wrot twojego rodzinnego królestwa. Po chwili za drzwi wyłoniła się twoja rodzicielka, której zazwyczaj pogodny wyraz twarzy zastąpiło zdziwienie i oszołomienie na widok osoby, która była przy tobie obecna. Wyminąłeś ją w progu, muskając przelotnie jej policzki na przywitanie i podążałeś w stronę obszernego salonu, prosząc o to samo twoją towarzyszkę. Tam na sofie zastałeś twojego tatę, który śledził powtórkę jednego z meczów rozgrywanych w zeszłym tygodniu. Pokiwałeś głową z uznaniem nad atakującym nad siatką Kochanowskim i utkwiłeś wzrok w członku swojej rodziny, chrząkając donośnie, aby zaznaczyć swoją obecność. Pan Marek poderwał się z mebla i zamknął cię w męskim uścisku, zerkajac niepewnie na Lenkę. Ta jednak wzrok wbity miała w sylwetkę byłego chłopaka, który zameldował się za linią dziewiątego metra w celu wykonania serwisu. 
– Mamo, tato. Chciałbym wam przedstawić moją dziewczynę, Lenę. – wygłosiłeś z dumą, przyciągając ją do siebie. – Lenka, poznaj moich rodziców. – dodałeś z pokrzepiającym uśmiechem, zauważając przerażenie w jej oczach. 
– My się już znamy, synku. – zachichotała wuefistka. –Witaj słońce. Miło cię znowu widzieć i to w takiej roli. – kobieta objęła cię ramionami, obdarowując ciepłym uśmiechem. 
– Fajnie usłyszeć, że mój syn wreszcie kogoś sobie przygruchał. Tyle lat na to czekałem. – podsumował sytuację były zawodnik, ściskając dłoń twojej wybranki. – Marek. 
– Lena. Miło mi. – odparła dziewczyna, odwzajemniając gest. 
– Tato! – skarciłeś mężczyznę za wcześniejsze słowa. – To jeszcze nie koniec.
– Ale za nim to… Dlaczego mnie nie uprzedziłeś Tomaszu?! Upiekłabym choć sernik! – otrzymałeś uderzenie w ramię od blondynki. – A tak to z gołymi rękami goszczę…
– Daj spokój, mamo. – mruknąłeś. – Ja i Lena mamy… Syna. – wyszeptałeś, spuszczając wzrok z obawy o ich reakcje. 
    ***

ret: to znowu my, znowu z tymi wyżej - i się przyznam, że kurde dawno niczego mi się tak dobrze nie pisało - co trochę atencji z dobrej strony robi z ludźmi - do usłyszenia za miesiąc!

Fornalove: Kopnięta widokiem Tomka w warszawskim Torwarze  skończyłam część zaczętą jeszcze przed niedzielnym meczem  i oto mamy kolejną odsłonę losów chłopaków oraz ich towarzyszek ;3 Przyznam, że pisało się całkiem przyjemnie, ale sprawy rodzinne są ciężkie do otworzenia dla mnie, abym była z siebie zadowolona, ale chyba wyszło całkiem nieźle, a państwo Fornal jeszcze tutaj zawojują ^^ Całuję i do zobaczenia za miesiąc ;*

poniedziałek, 30 grudnia 2019

prolog


    
     Czuję ile waży orzełek na mojej piersi, presję, o której mówili wszyscy dookoła, chociaż przecież jeszcze miesiąc temu prezesi studzili nadzieje kibiców, że naszym celem jest najlepsza szóstka; na wspomnienie tych bredni prycham pod nosem, bo wszyscy będący wewnątrz tej hermetycznej, rządzącej się prawem prawie boskim, bo ustalonym przez trenera Heynena, że do Bułgarii nie przyjechaliśmy jako biedniejszy kuzyn wielkich potęg, przyjechaliśmy po to, co nam się należało, po złoto. Wydaje mi się, że w moich żyłach płynie już jedynie adrenalina i ciągle jest jej za mało, bo każdy oddany bez walki punkt Brazylii, nawet w tak korzystnej dla nas sytuacji, boli podwójnie. Patrzę na obracającego w dłoniach piłkę Bruna, wszystko dzieje się tak szybko, kątem oka widzę wyskakującego do ataku Bartka i słyszę przeraźliwy krzyk przecinający turyńską halę - krzyk rozpaczy pomieszany z krzykiem radości, upragnionej wygranej, która smakuje jak nigdy wcześniej, chociaż przecież ten medal tylko dołączy do pozostałych. Sam nie wiem kiedy rzucam się w ramiona atakującego, ktoś klepie mnie po plecach, ktoś płacze; widzę Michała Kubiaka i Fabiana Drzyzgę, który wymachują stojąc na sędziowskim słupku ciesząc się podwójnym mistrzostwem, a mi mimowolnie przelatuje w głowie myśl, że może o takie trofeum walczyli razem po raz ostatni, jednak odrzucam ją szybko, bo teraz liczy się coś innego. Liczy się to, że obroniliśmy Mistrzostwo Świata, że po raz kolejny z grupy totalnie różnych ludzi udało się stworzyć kolektyw, który jest jedyny w swoim rodzaju. Mam wrażenie, że trwam w wyjątkowo pięknym śnie, gdy tuż za Olkiem wbiegam na te schody, a już kilka chwil później na mojej szyi, tuż obok orzełka, pojawia się medal z najbardziej wartościowego kruszywa, który smakuje hektolitrami potu, tysiącami leków przeciwbólowych i milionami wyrzeczeń, ale to też nie jest w tym momencie ważne - czuję dumę, że mogę być częścią tej drużyna, która pisze historię. Któryś z dziennikarzy macha do mnie przyjaźnie ręką i widzę, że on też ma w oczach łzy, ale to są łzy szczęścia i po cichu życzę sobie, żeby tylko takie pojawiały się w kolejnych latach. Kolejni ludzi mi gratulują, przytulają, ściskają dłoń i to wszystko jest tak idealne, nie potrafię w to uwierzyć, a co dopiero, gdy w rogu hali dostrzegam osobę, przez którą to wszystko wydaje się jeszcze bardziej odrealnione.
   – Co jest kurde – mruczę sam do siebie, ale gdy zaniepokojony moją miną Kwolek łapie mój wzrok kiwam tylko zbywająco ręką. Przestają się liczyć kibice, którzy zdzierali gardło, koledzy w euforii również stają się jakby odgrodzeni, gdy zmierzam do opartej nonszalancko o barierki brunetki. Widząc mój zdezorientowany, a jednocześnie zamroczony radością wzrok tylko uśmiecha się niewinnie przestępując z nogi na nogę. 
   – Mnie się tutaj nie spodziewałeś, co? – mówi pewnie jakby czytała ze mnie jak z otwartej księgi przechylając przy tym zaczepnie głowę, a ja łapię się na tym, że przez zbyt długą chwilę analizuję materiał sukienki opinający się na jej biodrach. – Nie mogłam przepuścić takiej okazji, bo to przecież dla ciebie ważne.
Nie mogę zrozumieć po co się tutaj pojawiła, na tej hali, przecież my nie mieliśmy znów piętnastu lat, to nie była olsztyńska hala, to były jak na ironię losu cholerne Włochy, przez które wszystko się skończyło. Mam ochotę zaśmiać jej się w twarz, ale nie potrafię, bo widząc iskierki niepewności w jej zielonych oczach czuję to samo co wtedy, gdy jeszcze byłem z Leną, na tej cholernej działce, gdzie wszystko się zaczęło. 
   – Jagoda – staram się zabrzmieć neutralnie, ale czuję jak struny głosowe odmawiają mi współpracy, gdy po raz pierwszy od dawna wypowiadam jej imię, które jeszcze kilka lat temu brzmiało jak największy afrodyzjak. – W co ty do cholery pogrywasz?
Widzę jej zmieszanie, gdy bawi się zamkiem skórzanej kurtki, widzę jak przełyka ślinę nie chcą spojrzeć w moje oczy, które tak intensywnie się w nią wpatrują. Nie potrzebuję dodatkowego rollercoastera po wydarzeniach sprzed kilku miesięcy, a rozgrzebywanie dawnych emocji, szczególnie przez osobę, która je we mnie obudziła jest strasznie niebezpieczne i mam wrażenie, że oboje doskonale o tym wiemy. 
   – Może chciałam ci po prostu pogratulować – mówi w końcu tak cicho, że jej głos prawie niknie w kakofonii dźwięków wypełniających halę, która nadal świętuje. Kręcę  głową jeszcze bardziej zdezorientowany czując jak twój własny anioł stróż śmieje mi się prosto w twarz.
   – Miałaś szansę w Płowdiw, miałaś szansę w Brnie – nie jestem w stanie opanować nuty rozżalenie, które zalewa wypowiadane przeze mnie zdania, ale czy jest coś w złego w mówieniu prawdy? – Dlaczego akurat tutaj? Dlaczego akurat w tym pieprzonym Turynie?! – wszystkie pozytywne emocje związane ze zdobyciem mistrzostwa świata nikną w momencie, gdy ona wzrusza ramionami. 
     Nie mogę dłużej na nią patrzeć, nie w momencie, gdy dochodzi do mnie myśl, że przecież gdybyśmy tylko się postarali moglibyśmy znowu istnieć. Widzę to samo w jej oczach, chociaż ukryte pod pokrytą żartu i zwykłej uszczypliwości. I to właśnie ta szalona myśl, ten idylliczna idea pomieszana z tym całym bólem, który sobie wzajemnie zgotowaliśmy przez własny egoizm sprawia, że gdy ona czeka na mnie niedaleko autokaru daję jej tę ostatnią szansę. Właśnie to szaleństwo mieniące się w jej oczach sprawia, że kilka godzin później przyciskam jej ciało do drzwi jej hotelowego pokoju składając na odsłoniętej szyi drobne pocałunki. Walczymy ze sobą o dominację, na śmierć i życie jakbyśmy chcieli ustalić kto jest ofiarą tego całego zajścia, kto z nas ucierpi bardziej. Jednak, gdy zdyszany opadam na poduszkę nadal słysząc jak wykrzykuje moje imię, wiem, że to nie miało na celu spojenie nas ponownie, to wszystko miało na celu pokazanie, że jesteśmy tylko ludźmi, upadamy szukając osoby, która nas podniesie i poddajemy się rządzą karmionym ostatkami miłości nadal marnie licząc na szczęśliwe zakończenie jakie widujemy w bajkach od dzieciństwa.


     Z nikłym uśmiechem na ustach spoglądałeś w kierunku blondynki, której włosy były znacznie dłuższe niż zazwyczaj. Co nie oznaczało, że ci się taka nie podobała. Była jeszcze bardziej dojrzalsza z zewnątrz nich dotychczas, ale właśnie to cię w niej Tomaszu najbardziej pociągało. Przy niej czułeś się jak dzieciak, wszystko wokół było takie błogie, ale potrafiła cię szybko i dobitnie sprowadzić na ziemię. Może dlatego trwałeś przy niej tak długo jak przy żadnej innej? Może ta mieszanka totalnie różnych charakterów od siebie sprawiała, że tak świetnie się dogadywaliście? Byliście jak woda i ogień, ale potrafiliście razem funkcjonować, nie wywołując pożaru ani powodzi. Twoje siwo błękitne tęczówki sunęły po jej drobnym ciele odzianym w treningową koszulkę z dawnego klubu, kiedy skupiona przesiadując na kuchennym blacie wpatrywała się w wyświetlacz białego laptopa i wystukiwała coś na jego klawiaturze. Zakląłeś siarczyście pod nosem, gdy do twoich nozdrzy dotarł zapach spalenizny. Lena zadarła spojrzenie z nad komputera i zerknęła przelotnie na przyrządzaną przez ciebie jajecznicę, chichocząc uroczo pod nosem. Zgromiłeś ją wzrokiem, a ta jedynie cmoknęła w powietrzu rozbawiona i powróciła do swojego zajęcia. Ty tymczasem nałożyłeś śniadanie na talerze i nabierając niewielką część posiłku wsunąłeś go jej do ust, prezentując jej swoje śnieżnobiałe uzębienie.
   – Nie przejmuj się tym już tak – mruknąłeś, gładząc dłonią jej policzek. – Na pewno coś znajdziesz.
   – Już znalazłam, Tomi – odparła, odbierając od ciebie naczynie z jajecznicą. – Troszkę spalona, ale potrafię ci to przewinienie przebaczyć, będąc świadoma, że cię rozkojarzyłam sobą.
   – Nie prawda. To myśl o siłowni tak na mnie zadziałała. – prychnąłeś.
  – Czy aby na pewno? – mruknęła, przegryzając płat dolnej wargi i spoglądając na ciebie z pod wachlarza ciemnych rzęs.
Odstawiłeś podtrzymywane przez nią naczynie na bok i wspierając się dłońmi o szafkę, przywarłeś wargami do jej ust. Byłeś bezbronny, kiedy zachowywała się w ten sposób. Od początku waszej znajomości uwielbiała cię prowokować i po mimo sporej ilości czasu jaka upłynęła od rozpoczęcia waszego legalnego związku nadal to czyniła. Ująłeś jej biodra w swoje smukłe dłonie i poderwałeś ją z powierzchni blatu, kątem oka obserwując jak oplata swoje nogi wokół twojego palca, krzyżując łydki za twoimi plecami. Wplotła palce w twoje gęste włosy i pogłębiła pocałunek, gdy mruknąłeś przeciągle na pieszczotę.
   – Chyba nie zamierzasz sprowadzić rodzeństwa dla Aleksa? – uniosła pytająco brew, lustrując wnikliwie twoją twarz.
   – A właściwie to czemu nie? – wzruszyłeś ramionami.
   – Tomasz, opamiętaj się. – zbeształa cię, stawiając stopy na podłodze.
   – Najpierw kusisz, a później opamiętaj się – przewróciłeś oczami. – Typowa kobieta. –fuknąłeś pod nosem.
  – Też cię kocham. – wytarmosiła cię za policzek i skradła z twoich ust przelotny pocałunek.
  – Co z tą pracą? – spytałeś zaintrygowany.
Blondynka przymknęła laptopa i z parującym kubkiem zasiadła na kanapie w salonie, poklepując wolne obok siebie miejsce. Naprawdę mało posiadaliście poranków, które mogliście poświęcić w pełni sobie. Odkąd zdecydowałeś się jej towarzyszyć we wspólnym wychowaniu Aleksandra to on skradał całą waszą uwagę od porannych godzin. Tym razem widocznie zdecydował się znacznie dłużej poprzebywać w krainie Morfeusza, co niezmiernie ci odpowiadało, bowiem w pełni mogłeś się nacieszyć swoją dziewczyną. Wsparła głowę o twoje ramie i wypuszczała słowa ze swoich słodkich ust z prędkością karabinu maszynowego, dzieląc się z tobą obawami dotyczącymi nowego stanowiska jakie miała objęć oraz informacjami jakich jej udzielono podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Wciąż wyrzucałeś sobie, że nie mogłeś jej wtedy wspierać ani tym bardziej odstawić na miejsce gdzie się odbywała, gdyż wówczas przebywałeś z drużyną na spotkaniu wyjazdowym w Bydgoszczy. Upiłeś niewielki łyk ciemnego napoju, który wypełniał jej ulubiony kubek otrzymany od ciebie na dwudzieste siódme urodziny i przechyliłeś głowę, aby się jej lepiej przyjrzeć. Byłeś jej ogromnie wdzięczny, że podczas większej części roku mogłeś podziwiać jej twarz niepokrytą ani gramem makijażu oraz sycić oczy, kiedy paradowała po twoim mieszkaniu jedynie w bieliźnie czy podkradzionej ci koszulce bądź dresie. Wiedziałeś, że wiele kosztowała ją przeprowadzka ze stolicy do Jastrzębia, ale czułeś, że potrzebowała zmian. Musiała oczyścić umysł z przeszłości, abyście obecnie mogli być w pełni szczęśliwi. Tak bardzo dałeś się pochłonąć refleksjom, że nie zauważyłeś, kiedy mały blondyn spoczywał na kolanach Leny i podporządkowywał się jej podczas spożywania śniadania. Zmierzyłeś dłonią jego gęste po tobie włosy i musnąłeś przelotnie jego czoło w ramach powitania.
   – Cieszę się, że to ty zostałeś ojcem. – wymruczała Zawadzka, patrząc ci głęboko w oczy.

***


ret: no dzień dobry, szczerze to nie byłam przekonana do drugiej części, bo poczujcie to "JA JUŻ NIE PISZĘ", ale od dłuższego czasu Kuba w mojej głowie się dopominał o uwagę, a zbieg okoliczności sprawił, że krótko po tym Kaśka napisała do mnie co z tym bałaganem robimy (uprzedzając fakty to bałagan w życiu Kuby jest spory, ale zawsze można zrobić większy).

Fornalove:  Hello Kochane ^^ Już kilka razy zdarzyło mi się wrócić do pierwszej części i czytać ją ponownie, bo jakoś nie potrafiłam z chłopakami totalnie skończyć i oto dzięki temu oraz zgodzie Ret  po 2 latach od początku 1 części zaspokoimy Waszą ciekawość odnośnie dalszego życia chłopaków ;3  Bardzo się cieszę, że znowu przypada mi zaszczyt pisania z Tą Panią oraz tego, że znowu powracam do jednej z lepszych historii jakie tworzyłam! Naprawdę mam do niej pewien sentyment, sama nie wiem dlaczego ;) Także do zobaczenia za jakiś miesiąc ;*